Interesuje cię, nad czym teraz pracuje Olga Tokarczuk i jak może wyglądać jej nowa powieść o powojennych przesiedleniach? Z tego tekstu poznasz kontekst historyczny, literackie inspiracje i wyzwania, przed którymi staje autorka. Dzięki temu łatwiej wyobrazisz sobie, jak może wyglądać ta zapowiadana książka.
O czym ma opowiadać nowa powieść Olgi Tokarczuk?
Olga Tokarczuk otwarcie zapowiedziała, że pisze powieść o powojennych przesiedleniach na ziemie zachodnie i północne, głównie na Dolny Śląsk. To historia o wymianie ludności po II wojnie światowej – jednym z największych przemieszczeń w dziejach Europy. Autorka podkreśla, że na skutek porozumień międzynarodowych Niemcy zostali wygnani z tych terenów, a na ich miejsce przybyły wielomilionowe grupy ludzi z zupełnie innych regionów i kultur.
Tokarczuk zaznacza, że przyjechali tam przesiedleńcy z Kresów Wschodnich, z dzisiejszej Ukrainy, Białorusi czy Litwy, a także z innych części Polski. To byli ludzie mówiący różnymi odmianami polszczyzny, często także po ukraińsku, białorusku czy po niemiecku, obciążeni traumą wojny i utraty domu. Autorka przypomina przy tym, że wśród nich byli również jej własni przodkowie, co nadaje projektowi osobisty ton.
Dlaczego Tokarczuk mówi o „wielkim nieopowiedzianym przesiedleniu”?
Pisarka twierdzi, że ta historia „jakimś cudem nie jest porządnie opowiedziana w literaturze polskiej”. Owszem, istnieją pojedyncze książki o ekspatriacji Polaków ze Wschodu, jak „Lida” Aleksandra Jurewicza, powieści Stefana Chwina czy utwory Zbigniewa Żakiewicza i Adama Zagajewskiego. Są też „Opowieści ostatnie” samej Tokarczuk, w których pojawia się motyw kresowego wykorzenienia.
Brakowało jednak szerokiej, wielogłosowej narracji o tym, co działo się równocześnie po „drugiej stronie”. W tym samym czasie, gdy Polacy opuszczali Wileńszczyznę czy Lwów, wypędzano niemiecką ludność cywilną z Górnego i Dolnego Śląska, z Pomorza, Warmii i Mazur. W polskim imaginarium te dwa przepływy ludności były zwykle opowiadane osobno, jakby nie stanowiły elementów jednego procesu. Tokarczuk chce wypełnić właśnie tę lukę.
Jakie doświadczenia przesiedleń pojawią się w powieści?
Pytanie, które stoi za nowym projektem Tokarczuk, brzmi: kim staje się człowiek, gdy w ciągu kilku dni traci dom, język miejsca i całe dotychczasowe otoczenie? Na przesiedleńczym szlaku zacierały się granice między zwycięzcami a przegranymi. Liczyło się ciało, walizka, wagon, głód i strach. Ten wymiar „nagiego życia” – pozbawionego ochrony prawa i dawnych statusów – dobrze opisał Giorgio Agamben, analizując stan wyjątkowy i figurę homo sacer.
W polskich i niemieckich losach po 1945 roku widać dokładnie to, o czym pisał Agamben: całe zbiorowości stawały się nagim życiem, którym można było dowolnie rozporządzać. Kobiety gwałcono, mężczyzn zamieniano w tanią siłę roboczą, dzieci wrzucano do bydlęcych wagonów razem z rodzicami. Historycy szacują, że w latach 1945–1948 przesiedlono około 9 milionów Niemców, a równolegle setki tysięcy Polaków z Kresów trafiły na tzw. Ziemie Odzyskane. To właśnie ta podwójna, lustrzana migracja staje się naturalnym tłem dla nowej powieści.
Dolny Śląsk jako laboratorium powojennej tożsamości
Dolny Śląsk – gdzie dziś mieszka Tokarczuk – jest szczególną przestrzenią. Przed wojną był gęsto zamieszkany przez niemiecką ludność cywilną. Po 1945 roku większość dawnych mieszkańców zmuszono do wyjazdu, ich domy zajęli przybysze z różnych stron. W jednym miasteczku da się znaleźć ślady kultury śląskiej, czeskiej, żydowskiej, niemieckiej i polskiej, nałożone warstwa po warstwie. To idealne miejsce, by pokazać, jak powstaje hybrydyczna tożsamość – ani tylko polska, ani tylko niemiecka, ale mieszana, „przesunięta”.
Wcześniej ten teren próbowali literacko opisywać tacy autorzy jak Stefan Chwin w „Hanemannie” czy Günter Grass w „Idąc rakiem”. Chwin pokazał Niemca, który zostaje w powojennym Gdańsku, Grass z kolei pokolenia Niemców z Prus Wschodnich, uciekających po lodzie przez Zalew Wiślany. Tokarczuk ma szansę połączyć te rozproszone wątki w nową całość, skupioną na jednym regionie i jego mieszkańcach po „wymianie ludności”.
- Dolnośląskie miasteczka pełne są poniemieckich domów z polskimi tabliczkami,
- kościoły, cmentarze i szkoły zmieniały język i użytkowników w ciągu kilku miesięcy,
- rodzinne historie często urywają się nagle na roku 1945 lub 1946,
- w dokumentach powtarza się słowo „repatriacja”, które dla wielu oznaczało pierwszy wyjazd z ojczyzny, a nie powrót.
Takie szczegóły zapewniają materiał dla realistycznej, gęstej fabuły, ale też otwierają drogę do metaforycznego myślenia o domu jako czymś ruchomym, niegwarantowanym raz na zawsze.
Jak ta powieść wpisze się w debatę o polsko‑niemieckiej pamięci?
Od lat 80. polska humanistyka próbuje odejść od wizji historii opartej na czarno-białych opozycjach. Jan Józef Lipski w eseju „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” przeciwstawiał patriotyzm resentymentalny – karmiący się krzywdą i nienawiścią – patriotyzmowi krytycznemu, gotowemu uwzględnić także własne winy. W takiej perspektywie nie da się już mówić o powojennych przesiedleniach wyłącznie jako o zasłużonej karze dla Niemców czy wyłącznie o niewinnym cierpieniu Polaków.
W tekstach literackich ostatnich dekad widać powolne przejście od figur „Niemca–oprawcy” i „Polaka–ofiary” do bardziej złożonych postaci. Andrzej Szczypiorski w „Początku” pokazał Niemca ratującego Żydówkę z getta. Janusz Rudnicki w prozie o obozie w Łambinowicach zarysował portret polskiego komendanta, który zbrodnie na niemieckich cywilach traktuje jak rachunkowe wyrównanie krzywd. Te przykłady przygotowały grunt pod literaturę, która potrafi jednocześnie mówić o winach i krzywdach po obu stronach.
Czy Tokarczuk włączy niemiecką perspektywę wypędzonych?
Günter Grass zwracał uwagę, że przez dziesięciolecia niemieccy autorzy zaniedbywali temat własnych przesiedleń. Uważał to za „niesłychane zaniedbanie” – milczenie, które pozostawiło temat ekspiacji prawicowym radykałom. Polskie badania nad powojennymi deportacjami podkreślają z kolei, że wygnania zaczynały się w Polsce, Czechach czy Rumunii, a kończyły w Niemczech. To wspólna, a nie wyłącznie narodowa historia.
Tokarczuk, od lat zainteresowana pamięcią mniejszości i „niesłyszanymi głosami”, prawdopodobnie włączy do swojej opowieści także los Niemców wypędzanych z Dolnego Śląska. Może to zrobić na różne sposoby: przez pamiętniki znalezione w starym domu, przez przedwojenne fotografie, przez niemieckie napisy na ścianach czy nagrobki pozostawione na cmentarzach. Tym samym nowa powieść stanie się nie tylko historią polskich osiedleńców, ale też literacką medytacją o wspólnej przestrzeni krzywd i strat.
Przesiedlenie po 1945 roku było nie tylko skutkiem wojny, lecz także kamieniem węgielnym powojennego porządku europejskiego – opartego na etnicznym ujednoliceniu państw i wymianie ludności.
Jakich narratorów może użyć Tokarczuk?
Podczas krakowskiego kongresu PEN International Tokarczuk mówiła, że klasyczna figura pisarza zamkniętego w gabinecie już nie wystarcza. Świat widzą kamery, smartfony, media społecznościowe, a o nas opowiadają inni. Autorka stwierdziła wprost, że szuka nowych narratorów, zdolnych uchwycić tę „totalną zmianę” w sposobach opowiadania.
Zdradziła, że chciałaby zobaczyć świat oczami myszy w swoim domu albo oczami Chat GPT, z którym rozmawia. Ten przykład nie jest tylko żartem – pokazuje, jak bardzo interesuje ją wyjście poza ludzkie, jednoosobowe „ja”. Można się więc spodziewać, że także w powieści o przesiedleniach narracja nie ograniczy się do pojedynczego bohatera, lecz przyjmie formę wielogłosową, polifoniczną, a może wręcz „nieludzką”, obejmującą przedmioty, zwierzęta czy same miejsca.
- może przemówić dom, który zmienia właścicieli,
- może „opowiadać” droga, którą jadą kolejne transporty,
- może powrócić głos zniszczonej wioski na Wschodzie,
- może odzywać się milcząca do tej pory niemiecka rodzina wypędzona z miasteczka.
Taka konstrukcja dobrze pasuje do doświadczenia przesiedlenia, które z natury jest rozproszone, fragmentaryczne, pełne niedomówień. Jedna perspektywa zawsze coś wyklucza, wiele perspektyw – nawet skonfliktowanych – pozwala pokazać pełniejszy obraz.
Mit, symbol i lęk przed literalnością
Tokarczuk podczas kongresu podkreśliła też wagę mitów i myślenia metaforycznego. Jej zdaniem współczesna kultura coraz gorzej radzi sobie z symbolami. Dominuje lęk przed wieloznacznością, zamiłowanie do prostych, dosłownych komunikatów. Autorka mówi wprost, że najbardziej boi się „literalności, dosłowności, doraźności”, bo spłaszczają one złożoną rzeczywistość.
Nowa powieść o przesiedleniach prawdopodobnie nie będzie więc tylko realistycznym „reportażem historycznym”. Tokarczuk potrafi zamieniać biografie w opowieści mityczne, co pokazała choćby w „Księgach Jakubowych”, gdzie historia Frankistów staje się historią przemiany, wędrówki i duchowego poszukiwania. W przypadku Dolnego Śląska takim mitem może być figura wygnańca – człowieka stale w drodze, bez bezpiecznego zakorzenienia, który w nowym miejscu buduje tożsamość na gruzach cudzej pamięci.
W wielu współczesnych analizach to właśnie wygnańca, a nie „człowieka zakorzenionego”, uznaje się za figurę opisującą naszą epokę – kogoś, kto żyje między językami, granicami i wersjami historii.
Jak nowa powieść wpisze się w szerszy krajobraz literacki?
Zapowiedź książki Tokarczuk pojawia się w momencie, gdy na 2026 rok planowanych jest wiele głośnych premier. Wśród nich znajdują się nowe tytuły światowych noblistów i laureatów Bookera, jak Jon Fosse, Annie Ernaux, Kiran Desai czy Jenny Erpenbeck, oraz nazwiska mocno obecne w europejskiej debacie literackiej, jak Mircea Cărtărescu czy Percival Everett.
Na polskim rynku obok powieści Tokarczuk pojawią się książki, które także dotykają historii, pamięci i przemocy państwowej: biografia Heleny Wolińskiej i Włodzimierza Brusa, reportaż o testach nuklearnych na ludziach czy nowe spojrzenie na losy Mariana Turskiego. Ta gęsta sieć tematów – przesiedlenia, obozy, eksperymenty, postaci uwikłane w przemoc XX wieku – tworzy tło, na którym powieść Tokarczuk może zabrzmieć szczególnie mocno.
Dlaczego właśnie teraz ten temat wraca?
Wojna w Ukrainie, o której Tokarczuk mówiła podczas apelu do pisarzy świata, znów uczy Europę, jak wygląda utrata domu, masowe uchodźstwo, życie z syrenami alarmowymi na co dzień. Noblistka prosiła, by autorzy organizowali spotkania autorskie właśnie tam, bo lektura książek dosłownie zagłusza dźwięk ostrzeżeń. To nie jest tylko gest solidarności, ale też przypomnienie, że literatura dokumentuje i przetwarza świeże traumy podobnie jak te sprzed kilkudziesięciu lat.
W takim kontekście powieść o powojennych przesiedleniach nie brzmi jak zamknięty rozdział historii. Staje się raczej zwierciadłem, w którym odbijają się dzisiejsze kolumny uchodźców, pociągi z ewakuowanymi rodzinami, tymczasowe mieszkania w obcych miastach. Tokarczuk – dla której literatura ma funkcję organiczną, spajającą wspólnotę i tworzącą kanały komunikacji – sięga po temat, który może połączyć pamięć o przeszłości z doświadczeniem współczesnym.
Wszystko wskazuje na to, że jej nowa powieść o powojennych przesiedleniach na Dolnym Śląsku stanie się nie tylko opowieścią o konkretnych transportach i rodzinach, ale także szeroką refleksją o tym, jak żyje się w świecie, w którym dom zawsze może okazać się tylko przystankiem.