Wydanie nr: 5 (190) WRZESIEŃ 2020
ISSN 1643-0883 | RPR 1392












Pomnik Paderewskiego

Uniwersytet im.Adama Mickiewicza





Gmina Kleczew









Natalii Drukarnia Etykiej

Zakład Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowe w Kleczewie















JAWI





































Czym zastąpić zysk?...

Dzięki uprzejmości prof. prof. Piotra Banaszyka oraz Mariana Goryni udostępniamy naszym odbiorcom artykuł ich autorstwa, który już znacznie wcześniej był opublikowany przez opiniotwórczy dziennik „Rzeczpospolita”. Polscy znakomici naukowcy, ekonomiści, wpisując  się w nową, tworzącą się ekonomię globalna, podejmują kolejny fundamentalny temat: „Czym zastąpić zysk?”.  Zapraszamy więc Państwa do przestudiowania zamieszczonego dalej tekstu autorstwa Profesorów, którzy stawiają zasadnicze pytanie: „Czy pandemia może zmienić charakter przewagi konkurencyjnej przedsiębiorstwa?

„W rozważaniach nad gospodarką rynkową ważne miejsce zajmuje kwestia zysku i przewagi konkurencyjnej przedsiębiorstwa. Tradycyjnie przyjmuje się, że istota wolnorynkowej gospodarki kapitalistycznej zasadza się na rywalizacji firm, które dążąc do realizacji celu, jakim jest maksymalizacja zysku, chcą uzyskać przewagę konkurencyjną nad rywalami w produkcji i dystrybucji produktów i usług zaspokajających potrzeby konsumentów. Uzyskanie przewagi konkurencyjnej nad rywalami jest więc instrumentem podporządkowanym realizacji głównego celu firmy. Ekonomiści toczą spory o to, czy zysk dobrze opisuje jej cel działania: jest celem jedynym czy jednym z wielu. Zdania są tutaj często radykalnie odmienne.

Tu rodzi się pytanie o konsekwencje pandemii dla przewagi konkurencyjnej firmy. Czy utrzymane zostaną obowiązujące kanony czy też są podstawy do ich rewizji?

Ujęcie tradycyjne

Twórcą współczesnej tradycyjnej koncepcji konkurencyjności obejmującej kwestie strategii i przewagi konkurencyjnej jest Michael Porter, profesor Uniwersytetu Harvarda i doktor honorowy Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. Zysk odgrywa w tej koncepcji centralną rolę. Firmy w dążeniu do jego maksymalizacji starają się uzyskać przewagę nad rywalami, realizując strategie mające zapewnić im wysoki udział w rynku.

Znaczenie mają źródła przewagi konkurencyjnej, które różnią się zależnie od strategii konkurowania. Są tu trzy możliwości. Pierwsza to strategia przywództwa kosztowego, której istotą jest uzyskanie trwałej przewagi kosztów nad konkurentami. Niższe koszty umożliwiają oferowanie cen niższych niż inni.

Sednem drugiej strategii – różnicowania – jest osiągnięcie przewagi różniczkowej nad rywalami. Oznacza to, że w jednym aspekcie (lub w wielu) oferta danej firmy w ocenie nabywców korzystnie różni się od innych. Jest też trzeci typ strategii – koncentracji na danym segmencie rynku (focus).

Ramy tradycyjnej porterowskiej koncepcji przewagi konkurencyjnej są dość szerokie i pojemne. Z powodzeniem mogą się w nich zmieścić ewentualne nowe czynniki uzyskiwania przewagi kosztowej lub różniczkowej, wynikające z kryzysu pandemicznego, jak też przesunięcia w znaczeniu poszczególnych czynników. Ale pojawia się pytanie: czy taka koncepcja przedsiębiorstwa nie wymaga zmian?

W ujęciu tradycyjnym dążenie do uzyskania satysfakcjonującego zysku jest kluczowym kryterium decyzyjnym w kształtowaniu przewagi konkurencyjnej firmy. Bazując na doświadczeniu kryzysu pandemicznego, można się zastanawiać, czy to kryterium jest do utrzymania. Można spotkać argumentację kwestionującą przydatność zysku. Podnoszącą, że kryzys spowodował straty w wielu firmach, ale nie przesądza to o zbędności tych przedsiębiorstw w systemie społeczno-gospodarczym.

Przeciwnicy tej linii rozumowania pytają jednak, czy z tego, że firmy mają straty czy bronią się przed upadłością, wynika, że na długą metę nie dążą do maksymalizacji zysku? Liczne grono ekspertów stoi na stanowisku, że powodem negatywnej oceny wystawianej firmom notującym straty jest bezwzględne dążenie do zwiększania zysku, panowanie swoistego jego kultu. Za to nie należy winić przedsiębiorców, bo odpowiedzialność ponosi system społeczno-ekonomiczny.

Eksperci ci zwracają uwagę, że formuła liczenia zysku nie uwzględnia kosztów przeciwdziałania i likwidowania tzw. negatywnych ekonomicznych efektów zewnętrznych. Składa się na nie całokształt kosztów publicznych ponoszonych przez społeczeństwo, np. związanych z likwidacją szkód w środowisku naturalnym, ratowaniem życia i zdrowia nadwerężanego przez zanieczyszczenia, hałas, zmęczenie fizyczne i psychiczne, katastrofy spowodowane błędami ludzi zawinionymi lub nie.

Zwolennicy tej linii rozumowania puentują, że zysk nie jest dobrym kryterium decyzyjnym. Poza tym możliwość przeskoku wirusów ze zwierząt na ludzi i łatwość, z jaką uzyskują wysokie wskaźniki reprodukcji, też wynika z ekspansji człowieka goniącego za zyskami. Choćby te argumenty skłaniają do rezygnacji z zysku jako efektu przewagi konkurencyjnej i kryterium podejmowania decyzji w firmie.

Obrońcy tradycyjnego podejścia do przewagi prowadzącej do osiągnięcia zysku utrzymują, że jeśli nie jest winna pogoń przedsiębiorcy za zyskiem, ale jest za to odpowiedzialny system społeczno-gospodarczy, to dochodzimy do sprzeczności. Czy wynoszenie zysku na piedestał to kwestia systemu czy indywidualnych zachowań? Można bowiem utrzymywać, że kształt systemu wynika z tego, że ludzie chcą się bogacić. I koło się zamyka. Pojawia się jednak kolejne pytanie, co jest pierwsze: czy holistycznie rozumiany system społeczno-gospodarczy czy indywidualistycznie pojmowana jednostka? Zwolennicy tradycyjnego rozumienia zysku wskazują na pierwotne znaczenie homo oeconomicus, który chce maksymalizować użyteczność, co w przypadku przedsiębiorcy oznacza tendencję do dążenia do maksymalizacji zysku.

Teraz rezyliencja


Jeśli nie zysk miałby być celem, to jakie kryterium powinno być podstawą wyborów decyzyjnych w biznesie po pandemii? Najczęściej formułowana propozycja wskazuje na dążenie do maksymalizowania rezyliencji. To pojęcie od dawna obecne w języku polskim. Ze słownikowej definicji wynika, że to możliwość i umiejętność dostosowania się do wymagań otoczenia.

Rezyliencja to możliwość uzyskiwania odporności gospodarczej, czyli korzyści finansowych z działalności gospodarczej gwarantujących jej opłacalność, a także bezpieczeństwa związanego z ochroną sanitarną i zapewnieniem BHP. Drugim czynnikiem rezyliencji powinna być elastyczność działalności, na którą składają się zwinność i sprężystość. Zwinność działania to szybkie dostosowanie się do zmiennych wymagań nabywców. Sprężystość to szybkość powrotu do stanu stabilnego po napotkaniu kłopotów.

Kryterium oceny atrakcyjności przewagi konkurencyjnej firmy przestaje zatem być tylko zysk, pojawia się wiele dodatkowych czynników. Oczywiście odporność, zwinność i sprężystość (OZS) kosztują, czyli przewaga osiągana niskim kosztem przynajmniej traci na znaczeniu.

Przedstawiona koncepcja sprowadza model postpandemicznej przewagi konkurencyjnej firmy do dążenia do wyróżnienia się, ale głównie pod innymi względami niż w koncepcji tradycyjnej. W przeszłości zwolennicy tej idei wskazywali, że przewagę konkurencyjną zyskują tylko te firmy, które wyróżniają się atrybutami, na jakich nabywcom zależy najbardziej. Kryzys ekonomiczny i kryzys psychospołeczny wywołane pandemią być może zmienią poglądy większości ludzi co do tego, co jest naprawdę wartościowe.

Maksymalizowanie zysku z działalności gospodarczej jest związane z rosnącą skalą i efektywnością produkcji, a ta wymaga szybkiego przyrostu konsumpcji. Nieograniczony konsumpcjonizm jest warunkiem niezbędnym wzrostu gospodarczego i kluczową przyczyną negatywnych skutków ekologicznych, klimatycznych i zdrowotnych. Byłoby nierozsądne kontynuowanie tego ciągu przyczynowo-skutkowego. Rezylientne przedsiębiorstwa, czyli odporne gospodarczo i elastyczne ekonomicznie, powinny stać się firmami pożądanymi przez wszystkich nabywców.

Zarysowany model postpandemicznej przewagi konkurencyjnej nie pojawi się sam. Przynajmniej część warunków wydaje się być już spełniona, by stał się on rzeczywistością. Potrzeba jeszcze dwóch czynników. Po pierwsze, polityki gospodarczej wspieranej właściwymi instytucjami formalnoprawnymi. To zadanie władz samorządowych, regionalnych, państwowych i ponadpaństwowych. Po drugie, to postawy i zachowania społeczeństwa, które powinno rezygnować z nadmiernej konsumpcji, nadmiernej mobilności i nadmiernej lekkomyślności w podejściu do środowiska przyrodniczego.

Świadomość społeczeństwa jest kształtowana przez jego własne doświadczenie i przez rozsądną edukację. Pandemia i klęski żywiołowe budują świadomość. Racjonalny system uczenia się przez całe życie i odpowiedzialne media powinny dopełnić reszty.

U podstaw przedstawionego rozumowania leży jednak jedno kardynalne założenie, że ludzie z myślą o długookresowym interesie własnym, czyli przetrwaniu gatunku, będą zdolni do rezygnacji z krótkookresowych skłonności do hedonizmu, które zdają się być pierwotną przyczyną kłopotów. Czyżby taka była natura człowieka? Każdy z nas powinien się zastanowić, czy obalenie agresywnego i groźnego społecznie stereotypu homo oeconomicus jest w jego przypadku możliwe”.

Piotr Banaszyk
Marian Gorynia

______________________________________________

*) Prof. Piotr Banaszyk jest kierownikiem Katedry Logistyki na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, natomiast prof. Marian Gorynia był w latach 2008 –2016 rektorem tegoż uniwersytetu       

 


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner


Unijne dotacje ujawniły nędzę polskiej nauki...

Zapewne 99% Polaków nie ma pojęcia, kim są Krzysztof „Kris" Maty-jaszewski czy Frank Wilczek, zapew¬ne nigdy nie słyszało o Harrym Kro-to, Hilarym Koprowskim czy Joannie Karinie Hoffman. A szkoda. „Kris" Matyjaszewski to absolwent Politechniki Łódzkiej i moskiewskie¬go Instytutu Petrochemicznego, dziś profesor Carnegie Mellon University w Pittsburghu, autor 20 książek i po-nad 1000 recenzowanych artykułów, prawdopodobnie najczęściej cyto¬wany chemik na świecie. Prof. Hilary Koprowski to absolwent Uniwersyte¬tu Warszawskiego, twórca pierwszej w świecie skutecznej szczepionki przeciw wirusowi polio, wywołujące¬mu chorobę Heinego-Medina. Frank Wilczek to matematyk i fizyk teore¬tyk, profesor Massachusetts Institute of Technology, laureat Nagrody No-bla w roku 2004. Sir Harold Walter Kroto jest bardziej znany jako Harry Kroto - chemik, noblista z roku 1996, związany z Uniwersytetem Sussex. Jego rodzina pochodziła z Bojano¬wa w Wielkopolsce, a ojciec nazywał się Krotoschiner (czyli Krotoszyński). A Joanna Karina Hoffman to córka reżysera Jerzego Hoffmana, absol¬wentka MIT. Była bliską współpra¬cownicą Steve'a Jobsa, współtwór¬czynią sukcesów firmy Apple.

Wszyscy oni, i bardzo wielu in¬nych, odnieśli sukces według uko¬chanego przez Polaków scenariusza, czyli za granicą. Bo od pokoleń wia¬domo - nad Wisłą to niemożliwe.

Stracone złudzenia

Nasi politycy, bez względu na poglądy, gdy mówią o stanie nauki polskiej, podkreślają ogromne moż¬liwości, jakimi dysponują rodzime uniwersytety i instytuty naukowo-badawcze. I tak jak prezydent An¬drzej Duda pocieszają się słowami: „Jesteśmy inteligentnym narodem, jesteśmy ludźmi, którzy wiele zro¬bili dla świata na przestrzeni histo¬rii właśnie jeżeli chodzi o rozwój naukowo-techniczny".

Mają przy tym świadomość, że dziś Polska niewiele może zaofe¬rować młodym, dobrze wykształ¬conym ludziom. 1 października 2018 r. podczas inauguracji nowego roku akademickiego na Uniwersyte¬cie Medycznym w Lublinie premier Mateusz Morawiecki mówit: „W cią¬gu ostatnich 25 lat z Polski wyjecha¬ło 25-30 tys. lekarzy, co oznacza, że nasz kraj - wychodzący z biedy po okresie PRL - finansował bogatym państwom Zachodu znakomitych polskich lekarzy".

Powinien dodać, że także fizyków, matematyków, biologów, chemi¬ków i inżynierów najrozmaitszych specjalności. Wyjeżdżali ci, któ-rzy dobrze znali języki obce i mieli doświadczenia w kontaktach z za¬chodnimi placówkami badawczymi.

Proces ten będzie się pogłębiał, ponieważ dzięki członkostwu w Unii Europejskiej młodzi Polacy mają za¬pewniony dostęp do zagranicznych tanich kredytów studenckich. I jeśli tylko chcą, mogą wybrać studia na francuskich, niemieckich, włoskich, czy brytyjskich uczelniach. Jest to tym bardziej sensowne, że we wszel¬kich międzynarodowych rankingach rodzime politechniki i uniwersytety wypadają bardzo słabo. Na przykład w „Times Higher Education World University Rankings 2020", który obejmuje 1400 uczelni z 92 krajów, najlepszy nasz uniwersytet - Jagiel¬loński - znalazł się między szóstą a ósmą setką w towarzystwie ta¬kich potęg jak hiszpański University of the Balearic Island czy Beni-Suef University w Egipcie. Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Politechnika Gdańska zmieściły się w przedziale 801-1000. A krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza im. Sta¬nisława Staszica poniżej tysięcznego miejsca. Inne nasze Almae Matris wypadły jeszcze gorzej.

Politycy uważają, że największym problemem jest brak środków. W la¬tach 90. doszło do tragedii - na na¬ukę z budżetu wydawano symbo¬liczne środki. Pochodzący z Polski francuski uczony Georges Charpak, laureat nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, nazwał przeznaczanie 0,8% PKB na szkolnictwo wyższe i 0,47% PKB na naukę - sabotażem i zbrod¬nią. Ten stan trwał do roku 2004, gdy Polska została pełnoprawnym człon¬kiem Unii Europejskiej. Pojawiły się pierwsze większe pieniądze w formie dotacji na badania i rozwój oraz na¬dzieja, że teraz będzie lepiej.

Jak się okazuje, niewiele się zmie¬niło. Co prawda rodzima nauka ma coraz więcej środków, lecz według unijnych rankingów stoimy w miej¬scu. I to w końcówce tabeli.

Pieniądze cudów nie czynią

Fakt, że dzięki unijnym dotacjom polskie wyższe uczelnie dysponują nowoczesnymi, coraz lepiej wyposa¬żonymi laboratoriami i placówkami badawczymi, teoretycznie powinien wpłynąć na poprawę wyników prac, większą liczbę wynalazków i wdro¬żeń w przemyśle. Dzięki czemu pol¬ska gospodarka stałaby się nowo¬cześniejsza, a uczeni mogliby sięgnąć po kolejne środki. W praktyce od lat liczy się jedno - kto najskuteczniej „zaabsorbuje" przyznane Polsce pie¬niądze. Bez względu na efekty.

I tak Wrocławskie Centrum Badań „EiT+" uzyskało dotacje na kwo¬tę blisko 1 mld zł, by potem niemal zbankrutować. I gdyby nie pomoc państwa, do tego by doszło. Centrum Badań Przedklinicznych i Technologii (CePT), wybudowane przez Warszaw¬ski Uniwersytet Medyczny, koszto¬wało ponad 392 min zł, a Centrum Zaawansowanych Materiałów i Tech¬nologii, którego właścicielem jest Po¬litechnika Warszawska - 384 min zł. Każdy uniwersytet, każda politech¬nika w kraju miała ambicje budowy nowoczesnych laboratoriów, najle¬piej bio- i nanotechnologicznych. Tak powstały krakowskie Akademickie Centrum Materiałów i Nanotechno-logii oraz Małopolskie Centrum Bio¬technologii (MCB). Lecz ani na jotę nie poprawiliśmy swoich notowań w tych obszarach.

W stolicy Wielkopolski za blisko 100 min zł powstało Centrum Ba¬dawcze Polskiego Internetu Optycz¬nego, a na Wybrzeżu Gdański Park Naukowo-Technologiczny - za ponad 164 min zł. W Gdyni zaś Pomorski Park Naukowo-Technologiczny - za 183 min zł. Uniwersytet Marii Curie--Skłodowskiej w Lublinie za ponad 143 min zł wybudował ECOTECH--COMPLEX - Człowiek, Środowi¬sko, Produkcja, którym pod koniec listopada 2019 r. zainteresowały się prokuratura i Centralne Biuro Anty-korupcyjne. Miało tam bowiem dojść do nieprawidłowości.

Ponad 194 miliony zł włożono w bu¬dowę Centrum Czystych Technologii Węglowych. Ciekawe tylko, czym za kilka lat będą się zajmowali pracują¬cy w nim naukowcy, skoro nasz kraj odchodzi od technologii węglowych w energetyce, co oznacza systema¬tyczne ograniczanie wydobycia i za¬mykanie kopalń?

Unijne Horyzonty nie dla nas

Znamienny jest fakt, że o przydzia¬le wszystkich tych dotacji decydo¬wano w Polsce. Ale do wzięcia były też znaczne środki na naukę dzielone w Brukseli. Pochodziły one z funkcjo¬nujących od 1984 r. i zarządzanych bezpośrednio przez Komisję Euro¬pejską tzw. programów ramowych, których celem było finansowanie ba¬dań naukowych i rozwoju technolo¬gicznego w krajach Unii. Zakładano, że dzięki międzynarodowej współ¬pracy naukowców nastąpi szybszy rozwój dziedzin priorytetowych z punktu widzenia polityki, gospodarki i społeczeństwa. Jako zasadę przyjęto podział środków w ramach konkursów grantowych.  Realizowany w latach 2007 – 2013 VII Program Ramowy miał budżet w wysokości 53,22 miliarda euro. Program na lata 2014-2020 o nazwie  Horyzont 2020 zamknął się kwotą 75,92 miliarda euro. Planowany na lata 2021-2027 Program Horyzont Europa ma mieć wartość 100 miliardów euro. Wydawać by się mogło, że polscy uczeni, którzy zawsze narzekali na brak środków powinni aktywnie zabiegać o brukselskie granty. Otóż nic bardziej mylnego!

W roku 2018 Europejski Trybunał obrachunkowy dokonał oceny funkcjonowania programu Horyzont 2020. Wynikało z niej, że do początku 2017 złożono ponad 100 tysięcy wniosków o dofinansowanie. Większość projektów miała być realizowana  przez konsorcja międzynarodowe. Zauważono też, że prawie dwa razy więcej wniosków pochodziło z krajów tak zwanej Starej Unii. W połowie roku 2018 na 28 krajów unijnych, jeśli chodzi o pozyskanie środków, polska z 237,7 miliona euro znajdowała się na 15 miejscu, wyprzedzając nieco Węgry i Czechy. Wydawać by się mogło, że nie jest tak źle, tyle że Węgry liczą 9,8 miliona mieszkańców, Czechu – 10,6 miliona a nasz kraj 38 milionów. Pierwsza trójka to Niemcy ( 4,37 miliarda euro ), Wielka Brytania (3,93 miliarda euro) i Francja ( 2,73 miliarda euro).

Nasi uczeni i inżynierowie nie kwapią się do składania wniosków o granty i udziały w konkursach. Było tak najpierw w ramach siódmego Programu Ramowego, a następnie programu Horyzont 2020. Dr Jolanta Adamiec, autorka opracowania „Finansowanie badań naukowych z budżetu Unii Europejskiej. Wnioski dla Polski”, stwierdza: „polscy naukowcy i inżynierowie wydają się® wyjątkowo pasywni na tle Unii Europejskiej. Na jednego z nich przypada średnio 8,5 aplikacji w porównaniu z 27 przeciętnie dla całej Unii Europejskiej. W efekcie ponad połowa środków z Horyzontu 2020 ( czyli ponad 38 miliarda euro – przyp. aut.) trafiła do zaledwie 5 państw: Wielkiej Brytanii, Włoch, Niemiec, Hiszpanii i Francji. Z drugiej strony państwa te przodują także pod względem własnych wydatków na badania i rozwój, odpowiadając za ponad 70 procent inwestycji w infrastrukturę badawczo-rozwojową realizowanych w Unii.”

Jak wynika z badań, na temat wykorzystania przez polskich beneficjentów dotacji unijnych w ramach programu Horyzont 2020 zrealizowanych w roku 2017 na zlecenie Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju cechuje nas niska innowacyjność prowadzonych działań oraz składanych wniosków. Kiepsko też nam idzie tworzenie międzynarodowych konsorcjów. Najczęściej ograniczamy się do bycia partnerami w projekcie kierowanym przez kogoś innego. Niska jest mobilność polskich uczonych spowodowana na przykład słabą znajomością języków obcych. Do tego większość polskich naukowców żyje z prowadzenia wykładów, a nie z prac badawczych, więc z czasem utracili oni umiejętności niezbędnie w pracy laboratoryjnej.

W praktyce oznacza to, że jeste¬śmy skazani na dreptanie w miej¬scu. Fakt, że w ostatniej dekadzie w rankingach unijnych obejmują-cych naukę oraz badania i rozwój. Polska zajmowała ostatnie miejsca, rywalizując z Rumunią i Bułgarią, świadczy o nas źle. Nic dziwnego, że nie cieszymy się opinią kraju, w któ¬rym rodzą się nowe teorie naukowe, prowadzone są prace badawczo--rozwojowe, a przedsiębiorstwa słyną z innowacyjności. Utrudnia to nawiązywanie nowych kontaktów mogących zaowocować wspólnymi projektami. Jeśli nawet komuś to się udaje, jest to wyjątek, a nie reguła.

Dochodzi do tego praktyka po¬legająca na tym, że konsorcja, któ¬rych uczestnikami są podmioty z wysoko rozwiniętych krajów za-chodnich, korzystając ze zdobytego doświadczenia są w stanie składać nowe atrakcyjne wnioski i tym spo¬sobem pozyskiwać dofinansowanie. Takie konsorcja nie dopuszczają no¬wych partnerów, więc nie mamy cze¬go tam szukać.

Niebezpodstawne są więc oba¬wy, że w ramach kolejnego pro¬gramu ramowego Horyzont Eu¬ropa rodzime wyższe uczelnie i instytuty naukowo-badawcze nie¬wiele uszczkną z zapowiadanych 100 mld euro. Będzie się utrwala¬ła niska pozycja polskich uczelni. A co za tym idzie, także przemysł skazany zostanie na starzejące się technologie i powolną utratę kon¬kurencyjności. Chcąc utrzymać dy¬stans, będziemy musieli płacić za niemieckie, francuskie, brytyjskie technologie, finansując w ten spo¬sób badania i rozwój u sąsiadów.

Jakiś czas temu politycy Prawa i Sprawiedliwości mówili o zagro¬żeniu, jakim jest „pułapka śred¬niego rozwoju". Dziś na naszych oczach spełniane są warunki, byśmy w niej utknęli. Kraj, który nie jest w stanie oprzeć swojego wzrostu gospodarczego na nowoczesnych technologiach, skazany jest na poraż¬kę. Może konkurować z innymi jedy¬nie niskimi kosztami pracy i niskimi podatkami. Dobrze rozwinięta nauka, szybkie wdrażanie nowoczesnych technologii, dobrze wykształcona i obyta w świecie kadra to główne warunki powodzenia. Tego wszyst¬kiego nam brakuje. A przed Polską stoi wielkie wyzwanie w postaci konieczności dokonania transformacji energetycznej całej gospodarki. Trzeba bę¬dzie nie tylko zamykać kopal¬nie, ale też zapewnić mieszkańcom Śląska nowe miejsca pracy. Kto bę¬dzie to robił?

Gdyby nie analizy wykorzystania środków unijnych, trudno byłoby się zorientować, jak bardzo odstaje¬my od sąsiadów. Fakt, że jesteśmy członkami Unii Europejskiej, sprawia, że w miarę obiektywnie możemy po¬równać się z innymi. Szkoda tylko, że płyną z tego bardzo smutne wnioski. (Źródło: Tygodnik Przegląd )

Marek Czarkowski


 

 


Przedruki tekstów tylko po uzyskania zgody redakcji EuroPartner



Witryna, na której się znalazłeś wykorzystuje pliki cookies, dalsze korzystanie z niej oznacza wyrażenie zgody na wykorzystanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Prywatności.

Tak, rozumiem